Mogła jeszcze zaczekać, ale ja nie chciałam dłużej czekać na nią. Dzięki niej słowo „spokój” faktycznie zagościło w moim życiu, co prawda dopiero po przyjeździe do Polski, ale grunt, że w ogóle. To dzięki niej,
tej „oklepanej, nazbyt turystycznej”, niesamowitej Norwegii.  Pokora, szacunek, cisza i odporność
– tyle wymagała ode mnie. Spokój, taryfa ulgowa i niesamowite widoki – tyle potrzebowałam do pełni szczęścia, a przynajmniej tak uważałam startując. Nie spełniłam jej oczekiwań w 100%, a moje oczekiwania względem niej zupełnie się zmieniły, kiedy dotarliśmy na miejsce. Zresztą, nie tylko to
w trakcie podróży uległo zmianie o 180 stopni.

„Hej! Rzuciłem pracę, wyprowadziłem się z mieszkania w Warszawie, wyruszam w świat, szukam ciszy
i spokoju, plan jest taki: zaczynam od Norwegii, kończę w Nowej Zelandii, gdzie zamierzam się osiedlić. Szukam kogoś, kto ma chęć i czas do mnie dołączyć choćby na krótkim etapie, w końcu w towarzystwie zawsze raźniej!”

Hej! Chłopak wygląda na ogarniętego, rozsądnego, pozytywnego, odważnego i nie wydaje się być seryjnym mordercą. Czemu by nie spróbować? – pomyślałam widząc powyższe ogłoszenie na grupie podróżniczej
– A no temu, że jednak coś mi nie grało. Na pierwszym spotkaniu nie ustaliliśmy nic istotnego oprócz wstępnej daty startu. Dostałam listę rzeczy, które zabiera Bartek, a z resztą musiałam radzić sobie sama (halo, Ola, dorosłość?). O wiele bardziej niż opinie internautów cenię sobie zdanie znanych mi ludzi tyle,
że nagle okazało się, że znajomi, którzy podróżowali w ten sposób nie są w stanie udzielić mi jakichkolwiek porad na odległość. Zresztą, na miejscu też nie – na nasze drugie, i ostatnie, spotkanie przed startem Bartek przyszedł na sporym kacu. A ja zwątpiłam. Widziałam coraz więcej minusów. Na 5 dni przed umówioną datą wyjazdu napisałam już nawet wpis na bloga, w którym wytłumaczyłam, że porażki to nic złego, że to, znowu, nie był „mój czas”, że to było najlepsze wyjście, że czasem lepiej nie ryzykować.

Opowieści o Azjacie, który „nauczył” Bartka stopować i którego Bartek zostawił, bo się nie dogadywali,
a także o grupie imprezowiczów w Armenii, od których Bartek się odłączył, odbijały się w mojej głowie coraz większym echem. To była jedyna rzecz, która nie dawała mi spokoju i której obawiałam się najbardziej. Przedwczesnego powrotu.

– Bartek, ja nie byłam nigdy w takich warunkach, nie jestem w stanie przewidzieć jak się zachowam i ile wytrzymam. Miej świadomość tego, że mogę rzucić plecak, usiąść na drodze i się po prostu poryczeć.
Czy wtedy na pewno wytrzymasz i przy mnie zostaniesz?
– Nie wiem co musiałabyś zrobić, żebym Cię zostawił, naprawdę nie biorę takiej opcji pod uwagę,
tamci ludzie byli okropni. Będzie ciężko, będzie nerwowo, będzie sporo czekania, musisz być cierpliwa, możemy czekać na podwózkę cały dzień, musisz być na to przygotowana. Mam lęk wysokości, kiedyś zawróciłem po dwóch dniach górskiej wędrówki, bo zobaczyłem ludzi przy łańcuchach, a pod nimi znicze. Znajomi poszli, ja nie zaryzykowałem. Jeśli dotrzemy w podobne miejsce, ja zawracam, nieistotne jaki to będzie etap, ale jeśli powiem, że nie idę dalej to nie będzie w tym ani trochę żartu.

Oboje nie potraktowaliśmy chyba tego wszystkiego wystarczająco poważnie. Ja – „Bartkowego” lęku wysokości, Bartek – mojego braku doświadczenia i nieodporności na kumulację kilku niefajnych czynników występujących równocześnie. Prawie dwa tygodnie po tym nieszczęsnym przejściu 80% szlaku do Bratteli oficjalnie przyznaję – na pewno bywają o wiele gorsze sytuacje od utknięcia w grząskim, śmierdzącym błocie i buta wypełnionego tymże błotkiem, od tego, że plecak łapie wilgoć i wszystkie ciuchy w środku śmierdzą, od tego, że nie masz gdzie ich wysuszyć, od tego, że masz popuchnięte dłonie, bo chwytasz się każdego mokrego kamienia, każdej gałązki, żeby tylko mieć jako takie poczucie bezpieczeństwa,
choćby urojone, że jakby co masz się czego trzymać i nie sturlasz się po skałach. Nie jest problemem iść przy krawędzi klifu bez zabezpieczeń, nie jest niczym wielkim napierać na ścianę skały całym swoim ciężarem wraz ze sporym obciążeniem (jak na niedoświadczoną, jeszcze, mnie). To nie problem wyprać cuchnące od błota skarpetki w strumieniu i położyć się w nich spać, żeby mieć pewność, że do rana wyschną. To wszystko naprawdę nie jest problemem z punktu widzenia dzisiejszej mnie – leżącej
pod ciepłym kocem w domu. Wierzę, że bywa gorzej, o wiele, wiele gorzej i że jeszcze niejednokrotnie będę w o wiele gorszych sytuacjach, z których, mimo wszystko, zawsze będzie jakieś wyjście.
„Twoja koleżanka albo da radę, albo przejdzie selekcję naturalną” – tak moje marzenia podsumował znajomy znajomego.


Podczas tej wyprawy tylko dwukrotnie czułam, że bardzo dużo ryzykuję. Pierwszy raz – 100 metrów przed Preikestolen, gdzie przejście było wąziutkie, ludzi multum, co mnie dodatkowo stresowało i irytowało,
a ja patrzyłam błagalnym wzrokiem na Bartka: „Proszę, weź ode mnie ten plecak, bo mnie za sobą pociągnie”. Mijałam emerytów, małe dzieciaki, pieski, kotki… dobra, kotków akurat na szczęście nie było,
ale patrzyłam na tych wszystkich ludzi i dopiero wtedy do mnie dotarło jak banalna jest ta trasa.
Skończy ją każdy. Każdy przechodzi tam, te 100 metrów od Preike, nad tą samą przepaścią.
Nie każdy z całym swoim dobytkiem na plecach, ba, większość miała malutki plecaczek, a w nim tylko wodę i jedzenie, niektórzy szli bez niczego oprócz kijków. Ale te 100 metrów jest, tak jak twierdził Marcin (o którym napiszę więcej niedługo), jest najgorsze.

Druga sytuacja ma związek z Kjeragiem, gdzie nie było przez moment nikogo oprócz naszej dwójki.
– Bartek, wejdę na ten kamień, stań o tam.
– Ja bym jednak wolał, żebyś coś, przed tym jak tam wejdziesz, napisała. Wiesz, że to była tylko Twoja decyzja, że ja Cię nie namawiałem do włażenia tam, czy coś.
– To nie jest śmieszne, serio.
– Nie, nie jest, widzisz żebym się śmiał?
Stanęłam tuż przy skale, wychyliłam się i spojrzałam w dół. 1000 metrów nad ziemią. Trochę sporo. Półka przy wejściu na Kjerag miała mniej niż metr szerokości, o ile dobrze pamiętam. Jak Ci ludzie tu wchodzą?! O czym myślą? O kolejce, jaka tworzy się za nimi w te słoneczne, najbardziej turystyczne dni? Że nie mogą stchórzyć? Czy to po prostu adrenalina?
– Nie, Bartek, wycofuję się.
– Jednak? I dobrze.

Więc jestem. Wróciłam po 15 dniach, tydzień przed czasem, z niezwykłymi historiami do opowiedzenia
i z ogromną nauczką na przyszłość. Wróciłam fizycznie, ale duszę i serce zostawiłam w Norwegii,
bez względu na to, jak tandetnie może to brzmieć. Dzień przed moim powrotem trafiliśmy do domu zamożnych, ok. 60-letnich Norwegów. To było miejsce, w którym po raz pierwszy pomyślałam:
„A może to tu? Może znalazłam to, czego tak szukam i nie potrzeba mi niczego więcej?”.
Po powrocie uznałam, że nie chcę jechać w tym roku już nigdzie dalej, przynajmniej teraz nie czuję takiej potrzeby. Albo Norwegia, albo nic (oprócz Polski). A potem znowu obejrzałam filmy zmontowane przez Gosię, Maćka, Wojtka i siebie i zaczęłam myśleć o tym, że popełnię ogromny błąd rezygnując z czegoś na co tak długo czekałam – na wspólny wyjazd do Portugalii.

Nie wiem, czy to chwilowe, bardzo nagłe zauroczenie, czy coś „głębszego” wynikającego z mojego bardzo platonicznego uczucia, jakim już wcześniej darzyłam ten kraj. Wiem, że przestałam czuć potrzebę gnania przed siebie za wszelką cenę. Na wszystko jest właściwy czas pomimo tego, że dookoła słyszę ciągle „pospiesz się”. Odwiedzić bajeczne miejsca zadeptywane przez turystów (nie no, bo wtedy wcale się do tego nie przyczynisz, to Ci inni, nie Ty). Do pracy. Do szkoły. Na ostatni autobus. Pokochać. Założyć rodzinę. Zbudować dom. Urodzić dzieci. SZYBCIEJ!

I faktycznie. Śnieg na Kilimandżaro może nie poczekać, lodowce się roztopią, a Islandia ostatecznie przestanie być ostoją spokoju, tylko zamieni się w coś w rodzaju Rzymu, czy Paryża (to już się zresztą zaczęło dziać). Ty się zestarzejesz, zachorujesz albo po prostu przestaniesz mieć marzenia. Możesz się rozczarować życiem, ale pretensje miej tylko do siebie. Tak, tak, jeśli aktualnie, w wieku 30-stu lat, dalej masz za złe ojcu, że kazał Ci zostać prawnikiem, bo „inaczej nie można” to jest głównie Twoja wina – oddałeś komuś władzę nad swoim życiem.

Biegnij, bierz udział w wyścigu za niczym, byle szybciej, byle intensywniej, byle jak najwięcej.
Tylko czy naprawdę widzisz w tym jakiś sens? Przystopuj i zacznij doceniać to, co jest najbliżej Ciebie, poczekaj na lepszy czas, poszukaj równowagi, ale najpierw w sobie, a nie w odległych zakątkach.
Życie i problemy dopadną Cię gdziekolwiek nie wyjedziesz, prędzej czy później o sobie przypomną.

Do dziś nie widziałam sensu w słowach takich jak: „zwolnij” (chyba, że widzę ograniczenie do 70 km/h), „nie spiesz się”, „odpocznij”, „ciesz się chwilą”, a wręcz potrafiłam się z nich śmiać. Bo u mnie wszystko na szybko, wszystko na ostatnią chwilę, wszystko w stresie. Brak organizacji czasu, nieumiejętność ustalania priorytetów, cała ja. A może to tylko teraz muszę tak przystopować, odpocząć i zaraz znowu wrócę do walki o pierwsze miejsce. Nie chciałabym. Pierwsze miejsca już dawno zostały rozdane ;).
Rany… chyba nie brzmię jeszcze jakbym się naczytała jakichś podejrzanych magazynów couchingowych?!


Tak czy inaczej – gdyby nie ten wyjazd nic nie miałoby szansy się zmienić, nic innego nie potrząsnęłoby mną równie mocno. Potrzebuję uczyć się na własnych błędach. Muszę dostać porządnego kopniaka
w tyłek, żeby przypomnieć sobie o tym, co naprawdę jest dla mnie ważne, żeby móc się otrząsnąć.
Uczenie się głównie na własnych błędach jest z jednej strony słabe, a z drugiej całkowicie naturalne.
Co prawda staram się brać od ludzi jak najwięcej dobrego, czasem dopiero po upływie X czasu rozumiem
co chcieli mi pokazać, czego chcieli mnie nauczyć, przed czym chcieli mnie uchronić, ale i tak działałam po swojemu. Może zbyt wiele zawierzam intuicji, ale wiecie, jak coś ma skuteczność działania 99,9%, to może się nie widzieć sensu w szukaniu nowych rozwiązań. Czasem fajnie zaryzykować i zrobić coś wbrew temu, co czujemy, a dowodem na to jest wyjazd z Bartkiem. To była super skuteczna lekcja życia, o której opowiem wkrótce bardziej szczegółowo, bo spotkały nas tam… różne rzeczy. Zaczęło się pozytywnie, spotkało nas niezwykle dużo dobrego, skończyło się… troszkę inaczej niż sobie to wyobrażałam.
Właśnie przypomniało mi się takie śmieszne zdanie: „spodziewaj się najlepszego, przygotuj się na najgorsze”. Trochę za późno mi się przypomniało. „Trudno”, „bywa” lub, jakby to powiedział Dominik:
„takie życie”! Teraz marzę tylko o dwóch rzeczach – o ciszy i o podjęciu dobrych decyzji w kwestii najbliższej przyszłości. Takiej bardzo, bardzo bliskiej, która wymaga natychmiastowej odpowiedzi.

Na koniec, żeby nie było, że kończę tekst pesymistycznie, posłuchajcie czegoś bardzo, bardzo ładnego. Jeśli miałabym wybierać najważniejszą piosenkę podsumowującą tę wyprawę, to jest to zdecydowanie ta, którą pokazał mi na początku podróży Bartek mówiąc, że „podkład niezbyt przypadł mu do gustu, ale za to tekst świetny” (słowa były bardziej dobitne, o wiele krótsze i trafniejsze, czasem jednak lepiej coś skomplikować wyłącznie dla lepszego wydźwięku :D). Potwierdzam, chociaż jeśli o mnie mowa,
to z czasem przekonałam się do jej rytmu.

Panie i Panowie, oto piosenka wyjazdu, a równocześnie jeden
z tytułów, który wylądował na mojej liście piosenek życia: