2018 był jak dotąd czasem najważniejszej dla mnie podróży. Czas smutku, złości, ciężkich akcji, braku pewności siebie, ekstremalnego chudnięcia ze stresu, niepotrzebnych nerwów. Czas usuwania z życia ludzi, którzy mieli mnie w głębokim poważaniu, ludzi z brakiem ambicji, sił, z nikłym poziomem motywacji, ciągnących na samo dno i przekonujących, że to ja jestem kulą u nogi. Czas stanięcia ze sobą twarzą w twarz, zmierzenia się ze swoimi najgorszymi demonami. Czas nadziei, tworzenia w głowie nowych planów, pomysłów na siebie i na współprace, słomianego zapału, entuzjazmu. Czas poznawania nowych, inspirujących i wybitnie zdolnych ludzi, podróży w miejsca niespodziewane, nieoczekiwanych zwrotów akcji, spełniania marzeń, powrotu wiary w siebie, w swoje ambicje i możliwości. Czas przyjaźni, miłości, czułości, czucia się potrzebną, znalezienia bratniej duszy i nieśmiałego powrotu myślenia, że istnieją na świecie dziesiątki osób, które pokochają nie tylko to, co w Tobie dobre, ale i to co najgorsze. Czas utwierdzenia się w tym, że jeden człowiek może zniszczyć Twoje marzenia, a inny na nowo je odbudować i dopisać w ich scenariuszu swój udział.

Taki był mój 2018 rok w 8. zdaniach, ale 8 zdań to za mało, ba, nawet 12 zdań nie wystarczy, żeby opisać zmiany, jakie zaszły we mnie w tym roku.
 

Dojrzałam i mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością.


Oczywiście, daleko mi nadal do zakładania rodziny, rodzenia dzieci, budowy domu, zasadzenia drzewa, czy innych „banałów” definiujących dojrzałość, czy raczej „dorosłość” (mam 22. lata, podziwiam wszelkie rówieśniczki lub dziewczyny młodsze ode mnie, które są już matkami – ja sama nadal czuję się jak dziecko i nie spieszy mi się totalnie, żeby to modyfikować). Nie zmienia to jednak faktu, że moje wyjazdy nie są czystym funem, nie chcę, żeby spełniały jedynie taką rolę w moim życiu. Do tej pory jednak trochę tak było, ale wyłącznie na tych organizowanych przez kogoś innego, niż ja. Jeździliśmy ekipą na, jak to oficjalnie, niestety, nazywano: „wakacje”. Wmawiałam sobie, że należę i jestem częścią tejże ekipy… wolne żarty!. Traktowanie tych wyjazdów jako „wakacji” stało się dla mnie po pewnym czasie już paskudne. Nie chcę żyć tak, żeby potrzebować wakacji – brzmi to jakbym jechała gdzieś tylko raz w roku, ignorowała wszystko, co, kogo spotkam na miejscu i bawiła się z wyłącznie ludźmi, z którymi przyjechałam i… w zasadzie tylko na tym miałby mi upływać czas. Oprócz tego, że to tak brzmi, to dokładnie tak to wyglądało. Piękna otoczka wyjazdów „przyjaciół” (czyt. ludzi, którzy na co dzień raczej nie utrzymywali ze sobą kontaktu, a w niektórych przypadkach tolerowali się wyłącznie dlatego, że ktoś był dziewczyną kumpla/chłopakiem koleżanki).

Owszem, było mnóstwo magicznych momentów, we Włoszech, w grocie w Vieste. Przeżyłam tam jedną z najlepszych, najbardziej klimatycznych nocy w życiu. Podobnie było rok później na hiszpańskiej plaży z widokiem na Maroko (autentycznie), kiedy wydzieraliśmy gardła śpiewając hity niesamowitego Perfectu i innych „kultowych” polskich zespołów. Szczerze mówiąc, dopiero wtedy dotarł do mnie sens i prawdziwość tekstu „Autobiografii” i miałam łezki w oczach. Więc to nie jest tak, że to było samo zło, koszmar, etc. Tylko największym moim bólem był stojący za tym wszystkim fałsz, a fałszu nie toleruję i nigdy więcej tolerować nie będę, tak jak i starać się do kogokolwiek dostosowywać.

Ostatni raz widziałam się z „ekipą” na koncercie Perfectu. Szczerze – uwielbiam takie „filmowe” momenty obecne w życiu i całe szczęście, że mam ich baardzo dużo! Rozstanie z tymi ludźmiprzeżyłam niezwykle ciężko, sądziłam, że nie będę mogła przeżyć ich kolejnych wyjazdów beze mnie, o dziwo, nie wzruszały mnie one prawie wcale.


Bardzo źle jest, kiedy żyjecie marzeniami,
wyobrażeniami o kimś/o czymś.
 

Wiecie wtedy, że powodem jest to, że nie umielibyście zaakceptować prawdziwego oblicza wybranych ludzi/rzeczy, a to słabe. Tak żyć się nie powinno, bo potem przez kolejne trzy  letnie miesiące będziecie leżeć w łóżku i marnować piękne, słoneczne dni na rozmyślanie o „NIESAMOWITYCH” ludziach, których właśnie straciliście, o tym, że wymienilibyście „WSZYSTKICH” na nich, bo oni tacy „PRZECUDOWNI”. A najgorzej jest wtedy, kiedy zaczynacie myśleć, że oto nastąpił Wasz definitywny koniec, więcej nie dane Wam będzie poznać ludzi, z którymi przeżyjecie równie cudne momenty. Nie ma już nic, życie jest dramatem, nic na Was już nie czeka, a już na pewno nie podróże.

I wtedy poznajecie Kamila i jego historię. Szybko okazuje się, że rzucone z nadzieją: „Jak będziesz gdzieś się wybierał, to pamiętaj o mnie, z chęcią z Tobą pojadę” przekształca się w wyjazd do Niemiec, taki w sumie na spontanie. Wsiadasz do auta tuż po skończonych zajęciach na uczelni, jedziesz 8h i dojeżdżasz do zamku Hohenzollern, tuż pod niebem usianym milionami gwiazd (o jej! To to jest możliwe gdzieś jeszcze oprócz Włoch?! NO CO TY, OLA?!). Później lądujecie po kolei w: Ottenhofen, nad Mummelsee (no prawie..), w Wegelnburgu, Bremm, Pilig, Eltz (moim marzeniu jeszcze z początków miłości do podróżowania), na moście Geierlay, nad Hubertusviaduktem, w Cochem, w malowniczym Monschau, we Fraudenbergu, a na koniec w Bad Schandau („ZŁY SANDAŁ”!). Jedziecie 2500km w 5 dni, śpicie przede wszystkim w aucie i śmigacie przez cudowne niemieckie krajobrazy bez przerwy się śmiejąc (lub w mojej wersji także śpiewając hity Braci Figo Fagot i szokując tym samym słuchacza, który nie miał innego wyboru hahah). I tak się zaprzyjaźniacie, znajdujecie wspólny język i planujecie kolejne wyjazdy.

Spotykacie również Paulinę, która jak nikt wie co przeżyliście i która mówi Wam, że to nie jest tak, że to wyłącznie z Wami coś nie gra. Paulina wspiera Was jak może i nagle okazuje się, że wszelkie legendy, jakie do tej pory było Wam „dane” o niej słyszeć w dużej mierze nie wyglądały do końca tak, jak Wam je przedstawiono (chociaż ja tam i tak do końca nigdy nie wierzę w to, co ktoś o kimś mówi, dopóki sama go nie poznam).

Wybieracie się na zdjęcia w totalnie nowej dla Was stylistyce z Jarkiem i Łukaszem i w efekcie końcowym słyszycie, że dobrze się z Wami pracuje i że się dobrze pozuje do zdjęć (a potem wspólne dzieło ląduje w top 5 konkursowych zdjęć Amundsena).

Spędzacie niesamowicie dobry czas na plenerze ze studiów w Pustelniku, chillujecie z prawdziwymi, kochanymi ludźmi. Tworzycie super projekt i łkacie w duszy, że to już koniec, a tak super się zgraliście, również z wykładowcami prowadzącymi projekt (z przerwami na rozmowę z policją – dzięki, „najdroższy”, za troskę, to bardzo ważne umieć sobie tak sprawnie i „mądrze” radzić z problemami z „najbliższymi” osobami :). Cytując Kuce z Bronksu: „JACI POWEM ŻE TAK SIE KOŃCZY JAK SIĘ TELFNFFDN NA POLICJE O KAŻDO PIERDOŁE”).

Możecie poprzytulać się do ogolonych, słodziutkich alpak (na pewno milej jest jak mają pełnię futerka, ale cóż, tak się trafiło, tak trzeba przyjąć), zakochać się w Podlasiu i stworzyć piękną pamiątkę z tego wyjazdu.

Macie szansę wystąpić w świątecznym teledysku „Jak Mikołaj” Martina Stankiewicz i szymonmówi. Dzięki temu poznajecie multum barwnych osób (w tym Karolinę – pierwszy raz w życiu dogadałam się z kimś tak bardzo od pierwszej chwili rozmowy!) i nareszcie odważacie się na wygibasy przed kamerą (a przy okazji musicie przebierać bluzę przy ok. 60 osobach na planie, ale jak mus to mus XD).

Dostajecie propozycję poprowadzenia instagramowego profilu @wedrujacy, który śledzicie już X czasu i go uwielbiacie, więc od razu przyjmujecie propozycję, a ze szczęścia klaszczecie stopami :D.

Idziecie na wystawę Wysokiego Śląska, gdzie poznajecie Tycjana, który jest absolwentem pierwszego rocznika Waszego kierunku, i Kasię (no Taja niestety nie miałam jeszcze okazji poznać 🙁 ).

Otrzymujecie wejściówkę VIP (no, co, pierwszy raz dostałam zaproszenie z takim napisem XD) na Targi Turystyczne od Solistów, dzięki temu poznajecie m.in. Pawła i Łukasza i macie możliwość bycia na prelekcji Janka Meli.

Wybieracie się na otwarcie sklepu i poznajecie m.in. bardzo pozytywnego Adama (oficjalnie był to creative meet up i wernisaż, ale z racji tego, że wernisaż opiera się głównie na uszanowaniu prac autorów, to może nie będę się lepiej wypowiadać i pominę nazwę marki 😉 )

Otrzymujecie pierwsze propozycje współpracy – pozdrowienia dla Pani Małgorzaty D. i Ani Ż.

Poznajecie multum dobrych ludzi podczas pracy na lotnisku – m.in. Kubę, Irę, Rafała, Sebastiana (cudne, choć czasem ciężkie doświadczenie ze względu na godziny pracy i pożegnalną atmosferę).

Zyskujecie kandydatkę na pierwszą szczerą przyjaciółkę ever – Weronikę (bo wcześniej zadajecie się wyłącznie z facetami – z nimi zawsze łatwiej jest się Wam dogadać :P).

A na koniec, na sam koniec roku przypomina Wam o sobie jeden dobry duszek Michał, w którego prawdziwość nie do końca potraficie jeszcze uwierzyć. Przypomina Wam to o tym, że bratnie dusze nadal mogą istnieć i mają się dobrze.

Czyli chyba jednak ten rok nie był dla mnie aż tak zły, wręcz przeciwnie. Wszystko, co złe minęło i przyniosło za sobą falę dobra. Tego życzę Wam na 2019 – przeżyjcie go po swojemu, tak jak chcecie nie zwracając uwagi na to, co myśli i mówi otoczenie. Idźcie do przodu pomimo kłód rzucanych pod nogi. Spełniajcie swoje cele i nie bójcie się dopisywać nowych na listę. Zwiedzajcie świat – albo, jeśli tak wolicie, siedźcie na kanapie i nie ruszajcie się spoza swojego miasta przez kolejne 365 dni, bylebyście tylko byli przy tym szczęśliwi.

Ola

PS. Wszelka żółć jaką tu upuściłam siedziała we mnie zbyt długo i owszem, mogłam napisać sobie to w pamiętniku i wrzucić do pudełka z pamiątkami z przeszłości, ale… w sumie po to mam ten blog. To MOJE bezpieczne miejsce. Nie jest też tak, że wszyscy ludzi z ekipy są źli, ogólnie nie ma chyba złych i dobrych ludzi, wszystko zależy od sytuacji. Też się nie popisałam na Sycylii, jednak wierzcie mi, to było usprawiedliwione. Może nie w pełni, ale w bardzo dużym stopniu – relacje międzyludzkie  mogą takie rzeczy powodować. Nie pożegnałam się też z Wami w taki sposób, w jaki może bym chciała, ale uznałam, że to bez sensu, bo i tak każdy będzie miał to, co powiem gdzieś, jak zwykle zresztą bywało. Dobrze, że mogłam Was poznać, świetnie, że tak Wam w tym gronie dobrze i owszem, to godne pozazdroszczenia i zapewne mnóstwo ludzi marzy o podobnych wyjazdach, których, bądźmy szczerzy, może, ale niekoniecznie musi, mieć szansę kiedykolwiek doświadczyć. Wspólne wyjazdy były dla mnie ważne, jednak w pewnym momencie poczułam, że ja zupełnie do Was nie pasuję. Bardzo żałuję też, że nie mieliście okazji poznać mnie takiej, jaką jestem dzisiaj. Myślę, że gdyby nie decyzje podjęte we wrześniu 2017 mogłoby być milej, inaczej, tylko pytanie, czy byłabym w takim punkcie, w jakim jestem teraz, czy jednak wciąż miałabym wrażenie, że to co robię to jedno wielkie nic i zamiast się rozwijać – cofałabym się. Tak czy inaczej, żyjcie sobie dobrze i, może, do zobaczenia kiedyś, w lepszym czasie.